Monthly Archives April 2017

Zaczyna się od wyszukiwarki

Dział: Wiadomości. Hasło: Startup. Przykładowe wyniki:

  1. Polski startup ma szansę na dofinansowanie z Massachusetts Institute of Technology.
  2. Student z Polski zajął drugie miejsce w międzynarodowym konkursie dla startupów w Berlinie.
  3. Samorządy terytorialne z południa Polski organizują warsztaty pod hasłem: jak stworzyć startup w 48 godzin?
  4. Bank kupuje startup z branży FinTech.
  5. Francuski producent kosmetyków inwestuje w firmę, która pomoże mu lepiej zrozumieć zachowania klientów – również startup.
  6. Naukowcy odchodzą z uczelni, aby skomercjalizować swój wynalazek. Oczywiście zakładają startup.

Startupem nazywamy studenta informatyki, który napisał mobilną grę i wprowadza ją na rynek. Grupa pracowników korporacji budujących nowatorskie rozwiązanie do zarządzania procesem marketingowym w firmie – tzw. intrapreneurzy – to również, według nich, startup. Do tego, wielcy świata IT prześcigają się też w twierdzeniach, że byli startupami zanim to w ogóle stało się modne.

Powstaje więc dość oczywiste pytanie: czym właściwie jest startup i czy to określenie cokolwiek jeszcze oznacza?

Idea „startupowości”

Gdyby żyjący na przełomie IV i V w. p.n.e. Platon znał pojęcie startupu, prawdopodobnie zastanawiał się nad wyrażającą go ideą. Grecki filozof zakładał, że istnieje świat doskonałych, niematerialnych, wiecznych idei, których niedoskonałe inkarnacje obserwujemy w świecie materialnym. Z tego m. in. względu Platon to, wedle niektórych, domniemany i nieświadomy ojciec chrzestny gnozy i wielu prądów metafizycznych w (pseudo)filozofii. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że nie zdziwiłoby go, że swego rodzaju metafizyczne myślenie trafia w dzisiejszych czasach także do biznesu. Przykładem tego jest obecnie odrobinę magiczne podejście do określenia startup.

Czy zatem jest jeszcze sens mówić (klasyfikując je i opisując) o tym zjawisku w świecie, w którym tak wielu różnych przedsiębiorców i przedsiębiorstw uważa się lub chce, aby ich uważano za startup?

O czym właściwie myśli się mówiąc „startup” w sytuacji, kiedy to określenie weszło do tzw. mainstreamu, jest nadużywane i odmieniane przez wszystkie przypadki? Spróbujmy odpowiedzieć na tak postawione pytanie.

Po pierwsze: pomysł

Wydaje się, że najważniejszą cechą startupu powinno być nieszablonowe myślenie, przeradzające się w pomysł na biznes, który z założenia będzie mniejszym lub większym tzw. game changerem. Wszystko zaczyna się więc od wizji, chęci stworzenia czegoś, co zrewolucjonizuje (plany) lub chociaż zmieni trochę (rzeczywistość) tę czy inną branżę lub dziedzinę życia. Tym bardziej, że statystycznie bardzo mało startupów osiąga światowy sukces (i nie można się temu dziwić, nie każdy może wygrywać w Lotto). Z drugiej strony opinia publiczna patrzy na startupy z perspektywy właśnie globalnych sukcesów, co tylko napędza pewną modę i chęć powtórzenia osiągnięć na odpowiednio dużą skalę, a jednocześnie (i najważniejsze)  startupom przypisuje cechy światowych potentatów, którzy jako startupy zaczynali. Prawda jest jednak taka, że tylko część nowozakładanych startupów utrzymuje się na rynku przez dłuższy czas, a więc cech konstytutywnych startupu należy też szukać w małych podmiotach, które jeszcze długo albo i nigdy nie staną się dużymi organizmami gospodarczymi.

Niestety, a może stety, romantyczne idee (nawet biznesowe) trudno jest trwale przekuć w tak twarde wskaźniki jak płynność finansowa i zysk. Stąd pojawia się cały przemysł poszukiwania oraz pozyskiwania finansowania (sam generujący startupy) oraz startupowa giełda pomysłów pod hasłem: „Wymyślę coś ciekawego, co biznesowo wymagałoby 10 lat inwestycji i milionów dolarów dolarów inwestycji, ale na pewno ktoś dostrzeże potencjał pomysłu i go kupi”. W dzisiejszym świecie, taka ogólna idea staje się fundamentem pewnej części startupów. Być może nie ujawnianym oficjalnie, ale obecnym na poziomie realnych oczekiwań biznesowych założyciela.

Badania rynku są mimo wszystko nieubłagane. Wynika z nich, że już po pierwszym roku działalności znika co czwarty startup. Po 10 latach na rynku zostaje ich już tylko 30%. (Entrepreneur Weekly, Small Business Development Center, Bradley Univ, University of Tennessee Research, za: https://www.linkedin.com/redir/general-malware-page?url=http%3A%2F%2Fwww%2estatisticbrain%2ecom%2Fstartup-failure-by-industry%2F). Na pocieszenie, w branży restauracyjnej statystycznie jest jeszcze trudniej.

Cechą konstytutywną startupu jest zatem ciekawy lub nawet rewolucyjny (wedle pomysłodawcy) pomysł (biznesowy) na coś nowego lub robienie czegoś znanego w nowy sposób. W tym znaczeniu, startupem nie będzie mógł być nazwany biznes, którego powstaniu towarzyszy prosty zamysł sprowadzający się do szukaniu czegoś, co można np. tanio kupić i drożej sprzedać. Niezależnie czy byłyby to kolorowe krasnoludki ogrodowe, samochody z USA, chemia domowa z Niemiec czy wysokowydajne serwery renomowanych producentów. Z drugiej strony, tak pojmowany biznes, bez wielki pretensji do innowacyjności, bywa także bardzo elastyczny. Kiedy bowiem dany pomysł biznesowy wyczerpuje swój potencjał, dany przedsiębiorca jest gotowy i otwarty w następnym sezonie zając się z kolei truskawkami, meblami, budową autostrad, sprzedawaniem oprogramowania czy doradztwem w pozyskiwaniu funduszy z UE. Zaś startupowiec często tego nie zrobi, jest „niewolnikiem” pomysłu (jego pomysłu), który przecież często oznacza znaczące inwestycje (także czasowe) w jego rozwój. Stąd zmiana lub wyjście ze startupowego, pierwotnego zamysłu jest mentalnie (ale i finansowo) trudniejsza.

Wynika z tego, że stricte handlowy pomysł na biznes nie jest zły taki zły (choć w wielu kręgach jest niemodny). Jest jednak znacząco inny. Być może nawet oznacza, że mamy w przypadku „tradycyjnego” przedsiębiorcy do czynienia z silniejszym i bardziej elastycznym genem przedsiębiorczości. I może tak powstały biznes będzie trwalszy, silniejszy i mniej uzależniony od koniunktury. W latach 90 powstawały masowo firmy zajmujące się przysłowiowym mydłem i powidłem albo co sezon czymś innym. Jednak bywało, że każde z tych pól zainteresowań przynosiło im pewien kapitał, który później został spożytkowany na mocne osadzenie ich w dzisiejszmbiznesie podstawowym. A wszystkie eksperymenty z poszukiwaniem własnej tożsamości biznesowej po prostu pozwoliły metodą prób i błędów odnaleźć własną niszę rynkową. Gwoli ścisłości należy pamiętać, że podobny modus operandi bywa obecny także wśród przedsiębiorców startupowych. W tym przypadku, życie zawodowe założycieli niektórych startupów biegnie od startupu do startupu („wolę tworzyć coś nowego niż rozwijać coś ustalonego”). Cykl: wymyślanie, rozwijanie, sprzedawanie staje się pomysłem na życie i biznes. Niemniej, na takie działanie trzeba mieć już zbudowany kapitał i w związku z tym pewien komfort eksperymentowania. Opinia publiczna o wielu chybionych pomysłach takiego startupowca-wizjonera najczęściej się nie dowiaduje. To zaś powoduje, że rośnie nimb nieomylności takiej osoby, co tylko uprawdopodobnia sukces jego kolejnych przedsięwzięć. I tu do biznesu startupowego wkrada się myślenie magiczne czy metafizyczne. Startup to po wielokroć sprzedawanie stylu życia, legendy, nadziei na wielki sukces, nazwiska i na końcu pomysłu lub technologii. To już nie jest realna kalkulacja; to moda i styl życia, o którym mówi się z błyskiem w oku, romantyzmem w sercu i własnymi nadziejami. A czy ktoś mówi z błyskiem w oku i uczuciem o dobrze prosperującym plantatorze czy sprzedawcy truskawek, nawet jak ma świetny bilans i porządny rachunek zysków i strat?

Powyższe kilka zdań wskazuje, że dotykamy kolejnej cechy wyróżniającej startup, ponieważ to, czy biznes jest startupem, definiuje też człowiek (założyciel).

Po drugie: człowiek

Duszą startupu jest człowiek lub ludzie oraz ich doświadczenie, pasja i kompetencje. Oprócz bardzo konkretnego pomysłu na biznes, mającego zakotwiczenie w pewnej obiektywnej wiedzy czy doświadczeniu, wyróżniają go bardzo często wysokie osobiste kompetencje merytoryczne i techniczne oraz dogłębne zrozumienie oferowanego produktu lub usługi wynikające z bezpośredniego udziału w jego tworzeniu. Tym umiejętnościom jednak czasem towarzyszy równoczesny brak kompetencji biznesowych (choć budowane są one na bieżąco w trakcie przygody startupowej).

Osoba zakładająca startup jest istotna w tej analizie także z powodu swoich motywacji. Całe zjawisko startupów jest przecież świadectwem próby emancypacji finansowej i organizacyjnej wysokiej klasy specjalistów, którzy nie chcą wykonywać swoich wolnych lub technicznych zawodów w ramach większych organizacji gospodarczych. Co ciekawe jednak, startupy relatywnie często i szybko poddają się wpływom większych organizacji. Paradoksalnie, bywa, że od początku do tego dążą lub też ich ambicją jest stać się dużą instytucją, o wielkości korporacji ale z cechami startupu. Prowadzi to do wniosku, że jedną z podstawowych motywacji osoby zakładającej startup jest przede wszystkim wybicie się na życiową niezależność. Inaczej mówiąc, motywacją jest wolność. Paradoksalnie nie przeczy temu zamienianie się startupu w korporację czy szukanie inwestora. Finalnie bowiem wydaje się, że osoba z dobrym pomysłem na biznes czy produktem, a do tego z pewną historią przedsiębiorczości bywa pod skrzydłami większego gracza bardziej niezależna niż statystyczny pracownik dużej firmy.

Po trzecie: praktyczna innowacyjność

Spotyka się w przestrzeni publicznej proste utożsamianie startupów z innowacjami na poziomie laboratoryjnym. To kolejny romantyczny stereotyp. Należy pamiętać, że innowacje na poziomie podstawowym są bardzo drogie i rzadko opłacalne dla organizacji prywatnych nastawianych na dość szybki zysk i posiadających ograniczone zasoby. Nawet giganci z Doliny Krzemowej nie byliby w stanie udźwignąć wielu badań podstawowych przez wszystkie konieczne temu procesowi lata. Tym bardziej nie stać na nie nowych startupów. W efekcie okazuje się, że często podmiotami, które mogą sobie pozwolić na najbardziej rewolucyjne eksperymenty, są państwa i ich agendy, takie jak np. DARPA, NASA czy CERN. Warto pamiętać, jakie wynalazki powstały w czeluściach tych organizacji. Wyobraźmy sobie, nad czym teraz mogą pracować (o czym się dowiemy pewnie za wiele lat)…

Warto też zwrócić uwagę na wynikającą z powyższej obserwacji prawidłowość. Kluczowe wynalazki bywają opracowane przez instytucje państwowe, a komercjalizowane przez prywatne. Jeżeli zatem badania się nie udadzą, co najwyżej można powiedzieć, że zmarnotrawiono środki publiczne. A jeśli się udadzą, zazwyczaj najbardziej korzystają z tego podmioty trzecie wobec procesu innowacyjnego. W tym kontekście często słyszy się o startupach zakładanych przez naukowców, którzy wypracowali wcześniej pewną technologię w dość bezpiecznym otoczeniu akademickim uczelni państwowej. Pasja i dostęp do technologii przeradza się w pomysł na jej komercyjne wykorzystanie. Choć ta komercjalizacja również jest często wyjątkowo droga i świeżo powstały startup, naszpikowany doktorami nauk, od samego początku szuka inwestora, anioła biznesu, korporacyjnego właściciela czy wręcz patronatu i wsparcia państwa. Niemniej, przy dobrym pomyśle lub technologii, wydatek komercjalizacji będzie w stanie udźwignąć już bardzo wiele firm istniejących na rynku.

W efekcie, w gospodarce częsty jest przypadek startupu eksploatującego w nowy sposób od dawna już istniejącą technologię czy koncept. Oznacza to, że cechą wielu startupów jest więc to, że często nie są one innowacyjne w klasycznym rozumieniu tego słowa. Startupowcy często nie wymyślają niczego od zera. Stawiają sobie za to pytania, jak istniejące zjawisko czy technologię użyć inaczej albo wymyśleć na nowo. Może to być przedefiniowanie tego, czym jest i powinien być telefon. Ale może też polegać na zaprzęgnięciu narzędzi społecznościowych do tego, co biznes robi „od zawsze”, tj. np. do pozyskiwania finansowania, mikropożyczek, przewozu osób czy obracania środkami pieniężnymi. Dzięki upowszechnieniu się pewnych konceptów i technologii wykorzystywanie ich na coraz to nowe sposoby zyskuje wręcz znamiona „zwracania technologii ludziom”. Bo jak inaczej określić działalność serwisów crowdfundingowych (opartych na koncepcji mediów społecznościowych), które wielu projektom otworzyły drogę do debiutu rynkowego bez konieczności pozyskiwania kapitału z banku czy giełdy (o ile takie instytucje chciałyby z nimi w ogóle rozmawiać)…

Po czwarte: otoczenie

Utarło się twierdzić, że myśleniu startupowemu (które wszyscy chcą jak najdłużej zachować) sprzyja otoczenie. Efektem tego jest już dość powszechna moda na stosowanie w pracy pewnych startupowych emblematów. Najbardziej prozaicznym i oklepanym emblematem tego rodzaju są przykładowo „rozrywkowe” wyposażenie biura, elastyczny czas pracy oraz możliwość realizowania pobocznych projektów w godzinach pracy. To jednak wbrew pozorom tylko dość powierzchowne zmiany w kulturze organizacyjnej, mające przede wszystkim doraźne cele związane z przyciąganiem do pracy roczników opuszczających obecnie uczelnie. A to za mało, aby powiedzieć, że dana firma posiada gen startupu.

Organizacje nastawione na realną innowacyjność biznesową stawiają na pewien szczególny sposób myślenia o pracy i zadaniach, wykreowany przez powyżej opisane zjawisko startupowe. Zachęca się mianowicie ludzi do nieustającego pogłębienia wiedzy i rozszerzania kompetencji. Nie zmusza się ich do pięcia się do góry w hierarchii, ale raczej horyzontalnego rozszerzania umiejętności, uzależnia się awans od autorytetu i wiedzy oraz stawia na metodyki pracy zwinne czy też mocno autonomiczne. Personel zachęca się do kwestionowania status quo i przyjmowanych „od zawsze” rozwiązań. Nie dziwi też już akceptowanie faktu, że dana osoba czy zespół realizuje zadania, do których wszyscy są przekonani, a nie zadania, które autorytatywnie narzucił szef, nie czując potrzeby wyjaśnienia, po co dana kwestia jest robiona.

Innymi słowy, startup to twórcze i otwarte na kwestionowaniu utartych schematów środowisko pracy, zarówno w wymiarze instytucjonalno-organizacyjnym, jak i mentalnym. W ten sposób powstaje jednak środowisko pracy bardzo trudne do zarządzania, ze spłaszczoną hierarchią opartą na autorytecie wynikającym z osiągnięć, dorobku, wiedzy, kompetencji i pasji, a nie przypisanych przez hierarchiczną górę pagonów. To z kolei rodzi potrzebę kształcenia (o ile to w ogóle możliwe) oraz szukania nie szefów i kierowników, ale liderów, potrafiących wpływać na otoczenie w sposób tyleż skuteczny, co jednocześnie nieinwazyjny. Jak trudno zarządza się drużyną „gwiazd” widać bowiem chociażby na przykładzie znanych klubów piłkarskich. W startupie problemy bywają podobne, choć oczywiście przy zachowaniu stosownych proporcji wynikających z tego porównania.

Nawet duża firma z przeorganizowaną w powyższy sposób kulturą może faktycznie rościć sobie pretensje do bycia startupem, również pomimo obiektywnego upływu czasu od jej założenia. Trzeba bowiem pamiętać, że im organizacja większa, tym trudniej zachować taki zdecentralizowany oraz niehierarchiczny system pracy i współpracy. Wbrew pozorom, ewolucja w kierunku korporacji to nic złego. Często to wręcz konieczność, aby zachować spoistość firmy. Oczywiście ma to swoją cenę, którą może być utrata pewnej iskry będącej kiedyś fundamentem powstania danego przedsiębiorstwa. Próby zachowania decentralizacji i unikanie hierarchii przez startupy stające się korporacjami wskazują więc, że omówione podejścia do zarządzania ludźmi i projektami jest czymś co startup definiuje.

Po piąte: ryzyko

Na końcu jest jeszcze jedna cecha charakterystyczna dla startupu. Mówi się o niej najmniej. Jest bowiem najmniej atrakcyjna, a przez to odrobinę wstydliwa. Koniec końców, startup to przede wszystkim biznes. A ten jest nieodwołanie związany z ryzykiem. Statystyka upadania nowopowstałych firm nie brzmi zachęcająco dla żadnego aspirującego przedsiębiorcy, w tym startupowca. Ten ma jednak pewien pancerz ochronny składający się z własnej wiedzy, doświadczenia, pomysłu, technologii, pasji oraz często tego nieuchwytnego, metafizycznego czynnika, pozwalającego mu wierzyć, że to jest ten czas, jego czas. Śledząc historię wielu startupów można zauważyć, że za większością wielkich sukcesów stoi też co najmniej jedna wielka klęska.

Czy ktoś dziś pamięta Odeo? To platforma z podcastami, która nie powstała. Być może dlatego, że w tym samym czasie Apple uruchomił podobną platformę w iTunes. Kolejnym projektem Evana Williamsa, pomysłodawcy niedoszłego Odeo, był znany wszystkim Twitter. Podobną historię ma za sobą Reid Hoffman. SocialNet, platforma networkingowa, która służyła również randkowaniu, okazała się klapą. Niepowodzenie w sferze damsko-męskiej spowodowało, że Ried rzucił się w wir „poważnego” biznesu i założył LinkedIn.

Choć, co ciekawe, teza o wysokim stopniu ryzyka związanego z zakładaniem własnego biznesu bywa kwestionowana. W 2013 r. Eric T. Wagner opublikował w Forbes.com artykuł pt. „Five Reasons 8 Out Of 10 Businesses Fail”. Powołując się na Bloomberg, autor starał się wskazać podstawowe przyczyny niepowodzeń nowych biznesów. „Breaks my heart.” – empatycznie zaczął tekst. Trzy lata później, w kwietniu 2016 r. Conor Cawley podjął próbę wywrócenia do góry nogami tych statystyk, które konsekwentnie określał jako mit (co samo w sobie pokazuje, jaką siłę oddziaływania miał artykuł z 2013 r.). Na portalu tech.co (http://tech.co/startup-failure-statistic-myth-2016-04) entuzjasta startupów (jak się wydaje, czytając jego artykuł), powołał się na twarde dowody, które pokazują, że startupom nie wiedzie się aż tak źle. Nie statystyki jednak są kluczowe w tym opozycyjnym – z założenia – podejściu. Autor słusznie wskazuje, że w badaniach nad startupami najtrudniejsze to podjąć decyzję, które firmy brać pod uwagę, a których nie. W ten sposób wracamy do przewodniej myśli tego opracowania: wszyscy mówią o startupach, ale czy ktokolwiek wie, jna jaki właściwie temat  prowadzi się dyskusję?

Można nie wiedzieć, że jest się startupem

Poszukiwanie idei startupu sprowadza się raczej do próby zrozumienia zjawiska, które zawładnęło współczesnym rynkiem, szczególnie w obszarze nowych technologii. Wielu ludzi nawet nie zdaje sobie sprawy, że rozwijana przez nich od lat działalność może być startupem. Inni uparcie do takiego miana pretendują.

Czym zatem jest startup? Moim zdaniem jest wybuchową mieszanką twardych kompetencji, wiedzy, doświadczenia, technologii czy pomysłu na biznes oraz romantycznej wizji czy wiary, że dany pomysł, realizowany przez dane osoby w danym czasie ma szanse stać się „the next big thing”. Składowe tej mieszanki zostały omówione powyżej. Warto zauważyć, że precyzyjne definicje, nie tylko w świecie naukowym, konstruuje się często na zasadzie przeciwstawieniu kwestii definiowanej innemu zjawisku. I tak, w tym przypadku pomocne jest zbudowanie dychotomii między startupowcem a przedsiębiorcą. Dlatego, najprościej rzecz ujmując, przedsiębiorca chce po prostu zrobić biznes, zaś startupowiec chce zrobić biznes, ten biznes.

Read More