Author Ernest Frankowski

Zaczyna się od wyszukiwarki

Dział: Wiadomości. Hasło: Startup. Przykładowe wyniki:

  1. Polski startup ma szansę na dofinansowanie z Massachusetts Institute of Technology.
  2. Student z Polski zajął drugie miejsce w międzynarodowym konkursie dla startupów w Berlinie.
  3. Samorządy terytorialne z południa Polski organizują warsztaty pod hasłem: jak stworzyć startup w 48 godzin?
  4. Bank kupuje startup z branży FinTech.
  5. Francuski producent kosmetyków inwestuje w firmę, która pomoże mu lepiej zrozumieć zachowania klientów – również startup.
  6. Naukowcy odchodzą z uczelni, aby skomercjalizować swój wynalazek. Oczywiście zakładają startup.

Startupem nazywamy studenta informatyki, który napisał mobilną grę i wprowadza ją na rynek. Grupa pracowników korporacji budujących nowatorskie rozwiązanie do zarządzania procesem marketingowym w firmie – tzw. intrapreneurzy – to również, według nich, startup. Do tego, wielcy świata IT prześcigają się też w twierdzeniach, że byli startupami zanim to w ogóle stało się modne.

Powstaje więc dość oczywiste pytanie: czym właściwie jest startup i czy to określenie cokolwiek jeszcze oznacza?

Idea „startupowości”

Gdyby żyjący na przełomie IV i V w. p.n.e. Platon znał pojęcie startupu, prawdopodobnie zastanawiał się nad wyrażającą go ideą. Grecki filozof zakładał, że istnieje świat doskonałych, niematerialnych, wiecznych idei, których niedoskonałe inkarnacje obserwujemy w świecie materialnym. Z tego m. in. względu Platon to, wedle niektórych, domniemany i nieświadomy ojciec chrzestny gnozy i wielu prądów metafizycznych w (pseudo)filozofii. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że nie zdziwiłoby go, że swego rodzaju metafizyczne myślenie trafia w dzisiejszych czasach także do biznesu. Przykładem tego jest obecnie odrobinę magiczne podejście do określenia startup.

Czy zatem jest jeszcze sens mówić (klasyfikując je i opisując) o tym zjawisku w świecie, w którym tak wielu różnych przedsiębiorców i przedsiębiorstw uważa się lub chce, aby ich uważano za startup?

O czym właściwie myśli się mówiąc „startup” w sytuacji, kiedy to określenie weszło do tzw. mainstreamu, jest nadużywane i odmieniane przez wszystkie przypadki? Spróbujmy odpowiedzieć na tak postawione pytanie.

Po pierwsze: pomysł

Wydaje się, że najważniejszą cechą startupu powinno być nieszablonowe myślenie, przeradzające się w pomysł na biznes, który z założenia będzie mniejszym lub większym tzw. game changerem. Wszystko zaczyna się więc od wizji, chęci stworzenia czegoś, co zrewolucjonizuje (plany) lub chociaż zmieni trochę (rzeczywistość) tę czy inną branżę lub dziedzinę życia. Tym bardziej, że statystycznie bardzo mało startupów osiąga światowy sukces (i nie można się temu dziwić, nie każdy może wygrywać w Lotto). Z drugiej strony opinia publiczna patrzy na startupy z perspektywy właśnie globalnych sukcesów, co tylko napędza pewną modę i chęć powtórzenia osiągnięć na odpowiednio dużą skalę, a jednocześnie (i najważniejsze)  startupom przypisuje cechy światowych potentatów, którzy jako startupy zaczynali. Prawda jest jednak taka, że tylko część nowozakładanych startupów utrzymuje się na rynku przez dłuższy czas, a więc cech konstytutywnych startupu należy też szukać w małych podmiotach, które jeszcze długo albo i nigdy nie staną się dużymi organizmami gospodarczymi.

Niestety, a może stety, romantyczne idee (nawet biznesowe) trudno jest trwale przekuć w tak twarde wskaźniki jak płynność finansowa i zysk. Stąd pojawia się cały przemysł poszukiwania oraz pozyskiwania finansowania (sam generujący startupy) oraz startupowa giełda pomysłów pod hasłem: „Wymyślę coś ciekawego, co biznesowo wymagałoby 10 lat inwestycji i milionów dolarów dolarów inwestycji, ale na pewno ktoś dostrzeże potencjał pomysłu i go kupi”. W dzisiejszym świecie, taka ogólna idea staje się fundamentem pewnej części startupów. Być może nie ujawnianym oficjalnie, ale obecnym na poziomie realnych oczekiwań biznesowych założyciela.

Badania rynku są mimo wszystko nieubłagane. Wynika z nich, że już po pierwszym roku działalności znika co czwarty startup. Po 10 latach na rynku zostaje ich już tylko 30%. (Entrepreneur Weekly, Small Business Development Center, Bradley Univ, University of Tennessee Research, za: https://www.linkedin.com/redir/general-malware-page?url=http%3A%2F%2Fwww%2estatisticbrain%2ecom%2Fstartup-failure-by-industry%2F). Na pocieszenie, w branży restauracyjnej statystycznie jest jeszcze trudniej.

Cechą konstytutywną startupu jest zatem ciekawy lub nawet rewolucyjny (wedle pomysłodawcy) pomysł (biznesowy) na coś nowego lub robienie czegoś znanego w nowy sposób. W tym znaczeniu, startupem nie będzie mógł być nazwany biznes, którego powstaniu towarzyszy prosty zamysł sprowadzający się do szukaniu czegoś, co można np. tanio kupić i drożej sprzedać. Niezależnie czy byłyby to kolorowe krasnoludki ogrodowe, samochody z USA, chemia domowa z Niemiec czy wysokowydajne serwery renomowanych producentów. Z drugiej strony, tak pojmowany biznes, bez wielki pretensji do innowacyjności, bywa także bardzo elastyczny. Kiedy bowiem dany pomysł biznesowy wyczerpuje swój potencjał, dany przedsiębiorca jest gotowy i otwarty w następnym sezonie zając się z kolei truskawkami, meblami, budową autostrad, sprzedawaniem oprogramowania czy doradztwem w pozyskiwaniu funduszy z UE. Zaś startupowiec często tego nie zrobi, jest „niewolnikiem” pomysłu (jego pomysłu), który przecież często oznacza znaczące inwestycje (także czasowe) w jego rozwój. Stąd zmiana lub wyjście ze startupowego, pierwotnego zamysłu jest mentalnie (ale i finansowo) trudniejsza.

Wynika z tego, że stricte handlowy pomysł na biznes nie jest zły taki zły (choć w wielu kręgach jest niemodny). Jest jednak znacząco inny. Być może nawet oznacza, że mamy w przypadku „tradycyjnego” przedsiębiorcy do czynienia z silniejszym i bardziej elastycznym genem przedsiębiorczości. I może tak powstały biznes będzie trwalszy, silniejszy i mniej uzależniony od koniunktury. W latach 90 powstawały masowo firmy zajmujące się przysłowiowym mydłem i powidłem albo co sezon czymś innym. Jednak bywało, że każde z tych pól zainteresowań przynosiło im pewien kapitał, który później został spożytkowany na mocne osadzenie ich w dzisiejszmbiznesie podstawowym. A wszystkie eksperymenty z poszukiwaniem własnej tożsamości biznesowej po prostu pozwoliły metodą prób i błędów odnaleźć własną niszę rynkową. Gwoli ścisłości należy pamiętać, że podobny modus operandi bywa obecny także wśród przedsiębiorców startupowych. W tym przypadku, życie zawodowe założycieli niektórych startupów biegnie od startupu do startupu („wolę tworzyć coś nowego niż rozwijać coś ustalonego”). Cykl: wymyślanie, rozwijanie, sprzedawanie staje się pomysłem na życie i biznes. Niemniej, na takie działanie trzeba mieć już zbudowany kapitał i w związku z tym pewien komfort eksperymentowania. Opinia publiczna o wielu chybionych pomysłach takiego startupowca-wizjonera najczęściej się nie dowiaduje. To zaś powoduje, że rośnie nimb nieomylności takiej osoby, co tylko uprawdopodobnia sukces jego kolejnych przedsięwzięć. I tu do biznesu startupowego wkrada się myślenie magiczne czy metafizyczne. Startup to po wielokroć sprzedawanie stylu życia, legendy, nadziei na wielki sukces, nazwiska i na końcu pomysłu lub technologii. To już nie jest realna kalkulacja; to moda i styl życia, o którym mówi się z błyskiem w oku, romantyzmem w sercu i własnymi nadziejami. A czy ktoś mówi z błyskiem w oku i uczuciem o dobrze prosperującym plantatorze czy sprzedawcy truskawek, nawet jak ma świetny bilans i porządny rachunek zysków i strat?

Powyższe kilka zdań wskazuje, że dotykamy kolejnej cechy wyróżniającej startup, ponieważ to, czy biznes jest startupem, definiuje też człowiek (założyciel).

Po drugie: człowiek

Duszą startupu jest człowiek lub ludzie oraz ich doświadczenie, pasja i kompetencje. Oprócz bardzo konkretnego pomysłu na biznes, mającego zakotwiczenie w pewnej obiektywnej wiedzy czy doświadczeniu, wyróżniają go bardzo często wysokie osobiste kompetencje merytoryczne i techniczne oraz dogłębne zrozumienie oferowanego produktu lub usługi wynikające z bezpośredniego udziału w jego tworzeniu. Tym umiejętnościom jednak czasem towarzyszy równoczesny brak kompetencji biznesowych (choć budowane są one na bieżąco w trakcie przygody startupowej).

Osoba zakładająca startup jest istotna w tej analizie także z powodu swoich motywacji. Całe zjawisko startupów jest przecież świadectwem próby emancypacji finansowej i organizacyjnej wysokiej klasy specjalistów, którzy nie chcą wykonywać swoich wolnych lub technicznych zawodów w ramach większych organizacji gospodarczych. Co ciekawe jednak, startupy relatywnie często i szybko poddają się wpływom większych organizacji. Paradoksalnie, bywa, że od początku do tego dążą lub też ich ambicją jest stać się dużą instytucją, o wielkości korporacji ale z cechami startupu. Prowadzi to do wniosku, że jedną z podstawowych motywacji osoby zakładającej startup jest przede wszystkim wybicie się na życiową niezależność. Inaczej mówiąc, motywacją jest wolność. Paradoksalnie nie przeczy temu zamienianie się startupu w korporację czy szukanie inwestora. Finalnie bowiem wydaje się, że osoba z dobrym pomysłem na biznes czy produktem, a do tego z pewną historią przedsiębiorczości bywa pod skrzydłami większego gracza bardziej niezależna niż statystyczny pracownik dużej firmy.

Po trzecie: praktyczna innowacyjność

Spotyka się w przestrzeni publicznej proste utożsamianie startupów z innowacjami na poziomie laboratoryjnym. To kolejny romantyczny stereotyp. Należy pamiętać, że innowacje na poziomie podstawowym są bardzo drogie i rzadko opłacalne dla organizacji prywatnych nastawianych na dość szybki zysk i posiadających ograniczone zasoby. Nawet giganci z Doliny Krzemowej nie byliby w stanie udźwignąć wielu badań podstawowych przez wszystkie konieczne temu procesowi lata. Tym bardziej nie stać na nie nowych startupów. W efekcie okazuje się, że często podmiotami, które mogą sobie pozwolić na najbardziej rewolucyjne eksperymenty, są państwa i ich agendy, takie jak np. DARPA, NASA czy CERN. Warto pamiętać, jakie wynalazki powstały w czeluściach tych organizacji. Wyobraźmy sobie, nad czym teraz mogą pracować (o czym się dowiemy pewnie za wiele lat)…

Warto też zwrócić uwagę na wynikającą z powyższej obserwacji prawidłowość. Kluczowe wynalazki bywają opracowane przez instytucje państwowe, a komercjalizowane przez prywatne. Jeżeli zatem badania się nie udadzą, co najwyżej można powiedzieć, że zmarnotrawiono środki publiczne. A jeśli się udadzą, zazwyczaj najbardziej korzystają z tego podmioty trzecie wobec procesu innowacyjnego. W tym kontekście często słyszy się o startupach zakładanych przez naukowców, którzy wypracowali wcześniej pewną technologię w dość bezpiecznym otoczeniu akademickim uczelni państwowej. Pasja i dostęp do technologii przeradza się w pomysł na jej komercyjne wykorzystanie. Choć ta komercjalizacja również jest często wyjątkowo droga i świeżo powstały startup, naszpikowany doktorami nauk, od samego początku szuka inwestora, anioła biznesu, korporacyjnego właściciela czy wręcz patronatu i wsparcia państwa. Niemniej, przy dobrym pomyśle lub technologii, wydatek komercjalizacji będzie w stanie udźwignąć już bardzo wiele firm istniejących na rynku.

W efekcie, w gospodarce częsty jest przypadek startupu eksploatującego w nowy sposób od dawna już istniejącą technologię czy koncept. Oznacza to, że cechą wielu startupów jest więc to, że często nie są one innowacyjne w klasycznym rozumieniu tego słowa. Startupowcy często nie wymyślają niczego od zera. Stawiają sobie za to pytania, jak istniejące zjawisko czy technologię użyć inaczej albo wymyśleć na nowo. Może to być przedefiniowanie tego, czym jest i powinien być telefon. Ale może też polegać na zaprzęgnięciu narzędzi społecznościowych do tego, co biznes robi „od zawsze”, tj. np. do pozyskiwania finansowania, mikropożyczek, przewozu osób czy obracania środkami pieniężnymi. Dzięki upowszechnieniu się pewnych konceptów i technologii wykorzystywanie ich na coraz to nowe sposoby zyskuje wręcz znamiona „zwracania technologii ludziom”. Bo jak inaczej określić działalność serwisów crowdfundingowych (opartych na koncepcji mediów społecznościowych), które wielu projektom otworzyły drogę do debiutu rynkowego bez konieczności pozyskiwania kapitału z banku czy giełdy (o ile takie instytucje chciałyby z nimi w ogóle rozmawiać)…

Po czwarte: otoczenie

Utarło się twierdzić, że myśleniu startupowemu (które wszyscy chcą jak najdłużej zachować) sprzyja otoczenie. Efektem tego jest już dość powszechna moda na stosowanie w pracy pewnych startupowych emblematów. Najbardziej prozaicznym i oklepanym emblematem tego rodzaju są przykładowo „rozrywkowe” wyposażenie biura, elastyczny czas pracy oraz możliwość realizowania pobocznych projektów w godzinach pracy. To jednak wbrew pozorom tylko dość powierzchowne zmiany w kulturze organizacyjnej, mające przede wszystkim doraźne cele związane z przyciąganiem do pracy roczników opuszczających obecnie uczelnie. A to za mało, aby powiedzieć, że dana firma posiada gen startupu.

Organizacje nastawione na realną innowacyjność biznesową stawiają na pewien szczególny sposób myślenia o pracy i zadaniach, wykreowany przez powyżej opisane zjawisko startupowe. Zachęca się mianowicie ludzi do nieustającego pogłębienia wiedzy i rozszerzania kompetencji. Nie zmusza się ich do pięcia się do góry w hierarchii, ale raczej horyzontalnego rozszerzania umiejętności, uzależnia się awans od autorytetu i wiedzy oraz stawia na metodyki pracy zwinne czy też mocno autonomiczne. Personel zachęca się do kwestionowania status quo i przyjmowanych „od zawsze” rozwiązań. Nie dziwi też już akceptowanie faktu, że dana osoba czy zespół realizuje zadania, do których wszyscy są przekonani, a nie zadania, które autorytatywnie narzucił szef, nie czując potrzeby wyjaśnienia, po co dana kwestia jest robiona.

Innymi słowy, startup to twórcze i otwarte na kwestionowaniu utartych schematów środowisko pracy, zarówno w wymiarze instytucjonalno-organizacyjnym, jak i mentalnym. W ten sposób powstaje jednak środowisko pracy bardzo trudne do zarządzania, ze spłaszczoną hierarchią opartą na autorytecie wynikającym z osiągnięć, dorobku, wiedzy, kompetencji i pasji, a nie przypisanych przez hierarchiczną górę pagonów. To z kolei rodzi potrzebę kształcenia (o ile to w ogóle możliwe) oraz szukania nie szefów i kierowników, ale liderów, potrafiących wpływać na otoczenie w sposób tyleż skuteczny, co jednocześnie nieinwazyjny. Jak trudno zarządza się drużyną „gwiazd” widać bowiem chociażby na przykładzie znanych klubów piłkarskich. W startupie problemy bywają podobne, choć oczywiście przy zachowaniu stosownych proporcji wynikających z tego porównania.

Nawet duża firma z przeorganizowaną w powyższy sposób kulturą może faktycznie rościć sobie pretensje do bycia startupem, również pomimo obiektywnego upływu czasu od jej założenia. Trzeba bowiem pamiętać, że im organizacja większa, tym trudniej zachować taki zdecentralizowany oraz niehierarchiczny system pracy i współpracy. Wbrew pozorom, ewolucja w kierunku korporacji to nic złego. Często to wręcz konieczność, aby zachować spoistość firmy. Oczywiście ma to swoją cenę, którą może być utrata pewnej iskry będącej kiedyś fundamentem powstania danego przedsiębiorstwa. Próby zachowania decentralizacji i unikanie hierarchii przez startupy stające się korporacjami wskazują więc, że omówione podejścia do zarządzania ludźmi i projektami jest czymś co startup definiuje.

Po piąte: ryzyko

Na końcu jest jeszcze jedna cecha charakterystyczna dla startupu. Mówi się o niej najmniej. Jest bowiem najmniej atrakcyjna, a przez to odrobinę wstydliwa. Koniec końców, startup to przede wszystkim biznes. A ten jest nieodwołanie związany z ryzykiem. Statystyka upadania nowopowstałych firm nie brzmi zachęcająco dla żadnego aspirującego przedsiębiorcy, w tym startupowca. Ten ma jednak pewien pancerz ochronny składający się z własnej wiedzy, doświadczenia, pomysłu, technologii, pasji oraz często tego nieuchwytnego, metafizycznego czynnika, pozwalającego mu wierzyć, że to jest ten czas, jego czas. Śledząc historię wielu startupów można zauważyć, że za większością wielkich sukcesów stoi też co najmniej jedna wielka klęska.

Czy ktoś dziś pamięta Odeo? To platforma z podcastami, która nie powstała. Być może dlatego, że w tym samym czasie Apple uruchomił podobną platformę w iTunes. Kolejnym projektem Evana Williamsa, pomysłodawcy niedoszłego Odeo, był znany wszystkim Twitter. Podobną historię ma za sobą Reid Hoffman. SocialNet, platforma networkingowa, która służyła również randkowaniu, okazała się klapą. Niepowodzenie w sferze damsko-męskiej spowodowało, że Ried rzucił się w wir „poważnego” biznesu i założył LinkedIn.

Choć, co ciekawe, teza o wysokim stopniu ryzyka związanego z zakładaniem własnego biznesu bywa kwestionowana. W 2013 r. Eric T. Wagner opublikował w Forbes.com artykuł pt. „Five Reasons 8 Out Of 10 Businesses Fail”. Powołując się na Bloomberg, autor starał się wskazać podstawowe przyczyny niepowodzeń nowych biznesów. „Breaks my heart.” – empatycznie zaczął tekst. Trzy lata później, w kwietniu 2016 r. Conor Cawley podjął próbę wywrócenia do góry nogami tych statystyk, które konsekwentnie określał jako mit (co samo w sobie pokazuje, jaką siłę oddziaływania miał artykuł z 2013 r.). Na portalu tech.co (http://tech.co/startup-failure-statistic-myth-2016-04) entuzjasta startupów (jak się wydaje, czytając jego artykuł), powołał się na twarde dowody, które pokazują, że startupom nie wiedzie się aż tak źle. Nie statystyki jednak są kluczowe w tym opozycyjnym – z założenia – podejściu. Autor słusznie wskazuje, że w badaniach nad startupami najtrudniejsze to podjąć decyzję, które firmy brać pod uwagę, a których nie. W ten sposób wracamy do przewodniej myśli tego opracowania: wszyscy mówią o startupach, ale czy ktokolwiek wie, jna jaki właściwie temat  prowadzi się dyskusję?

Można nie wiedzieć, że jest się startupem

Poszukiwanie idei startupu sprowadza się raczej do próby zrozumienia zjawiska, które zawładnęło współczesnym rynkiem, szczególnie w obszarze nowych technologii. Wielu ludzi nawet nie zdaje sobie sprawy, że rozwijana przez nich od lat działalność może być startupem. Inni uparcie do takiego miana pretendują.

Czym zatem jest startup? Moim zdaniem jest wybuchową mieszanką twardych kompetencji, wiedzy, doświadczenia, technologii czy pomysłu na biznes oraz romantycznej wizji czy wiary, że dany pomysł, realizowany przez dane osoby w danym czasie ma szanse stać się „the next big thing”. Składowe tej mieszanki zostały omówione powyżej. Warto zauważyć, że precyzyjne definicje, nie tylko w świecie naukowym, konstruuje się często na zasadzie przeciwstawieniu kwestii definiowanej innemu zjawisku. I tak, w tym przypadku pomocne jest zbudowanie dychotomii między startupowcem a przedsiębiorcą. Dlatego, najprościej rzecz ujmując, przedsiębiorca chce po prostu zrobić biznes, zaś startupowiec chce zrobić biznes, ten biznes.

Read More

„Błądzenie jest rzeczą ludzką” – twierdzili już setki lat temu tacy luminarze starożytności, jak Seneka, Cyceron czy Hieronim. Do dziś sentencję tę powtarza się w wielu językach świata i w wielu żargonach zawodowych (często jako jedyne i/lub ostatnie wytłumaczenie jakiejś pomyłki) – z wyjątkiem, jakżeby inaczej, języka podatków. W tym obszarze nie wolno się mylić (tzn. nie wolno się mylić podatnikom). Chyba że jest się gotowym na poniesienie dotkliwych konsekwencji ludzkich – bądź co bądź – pomyłek.

Nie jest odkrywczym stwierdzenie, że w rozliczeniach z fiskusem łatwo o błędy, szczególnie w przypadku podatku VAT. Masowość rozliczeń utrudnia kompleksową weryfikację, czy każdą transakcje zidentyfikowano i zaewidencjonowano prawidłowo. W dodatku ustawodawca systematycznie zwiększa zakres obowiązków związanych z raportowaniem podatkowym.

I tak, począwszy od 25 sierpnia 2016 r. duzi przedsiębiorcy składają co miesiąc ewidencję zakupu i sprzedaży VAT w ustandaryzowanym formacie JPK. Wkrótce, bo już 25 lutego 2017 r., dołączą do nich mali i średni przedsiębiorcy. Dla organów podatkowych jest to potencjał do bardziej efektywnej kontroli rozliczeń. Dla podatników – potencjał popełniania błędów, za które, być może, trzeba będzie słono zapłacić. Ustawodawca bowiem nakłada na przedsiębiorców coraz to nowe sankcje za nieprawidłowe rozliczenia VAT. Obok odsetek i kwestionowaniem prawa do odliczenia, od stycznia 2017 r. wprowadzono stawki sankcyjne w wysokości 30% lub 100% zaniżonego zobowiązania podatkowego.

Już od jakiegoś czasu można obserwować kształtowanie się praktyki około-JPK-owej. Jak można było przypuszczać, ilu podatników, tyle też często błędów w plikach JPK_VAT. Niektóre z nich występują jednak szczególnie często, a organy podatkowe mogą łatwo je wykryć. Warto więc wiedzieć, na co zwrócić szczególną uwagę, aby nie zostać automatycznie wytypowanym do kontroli VAT (i nie tłumaczyć się w na początku wskazany sposób, na który organ podatkowy może być mniej wrażliwy niż sentencjonalni starożytni).

Brak uzgodnienia danych w pliku JPK_VAT z deklaracjami VAT

Wystarczy rzut oka na plik JPK_VAT oraz odpowiednią deklarację VAT, aby wykryć podstawowe nieprawidłowości. Sumy dla danego pola w pliku JPK_VAT, po zaokrągleniu, powinny być równe kwotom odpowiadających im pól w deklaracji. Brak owej zgodności jest podstawowym i najłatwiejszym do wykrycia błędem w pliku JPK_VAT.

Na przykład, jeżeli suma wartości wykazanych w polu K_10 różni się od kwoty zadeklarowanej w polu 10 deklaracji VAT-7, w rozliczeniach mamy błąd. To samo dotyczy kolejnych pól: K_11 w JPK_VAT i odpowiadającego mu pola 11 w deklaracji VAT-7, K_12 i odpowiadającego mu pola 12 itd.

W przypadku transakcji wewnątrzwspólnotowych może się zdarzyć, że kwota netto transakcji dokonanych z tym samym kontrahentem wykazana w pliku JPK_VAT nie będzie równa kwocie z deklaracji VAT-UE. Podobny błąd – równie łatwy do wykrycia – może wystąpić przy transakcjach rozliczanych za pomocą mechanizmu odwrotnego obciążenia, wykazywanych w polu K_31 i deklaracji VAT-27.

Brak daty sprzedaży przy fakturach korygujących

W sekcji dotyczącej podatku należnego podatnik powinien wskazać datę sprzedaży, jeżeli jest ona inna, niż data wystawienia faktury. W wielu przypadkach daty te są tożsame i podatnicy pozostawiają to pole niewypełnione.

Jednak szczególnie gdy w grę wchodzi korekta, wystawienie faktury korygującej następuje – co do zasady – w innym dniu, niż sprzedaż. Obydwie daty podlegają wtedy wykazaniu w pliku JPK_VAT. Błąd w postaci pominięcia daty sprzedaży najłatwiej jest wykryć w przypadku korekt in minus.

Błędne ujęcie transakcji w czasie

Częstym błędem, który od zawsze występował w rozliczeniach VAT, jest błędne ujęcie transakcji w czasie. Plik JPK_VAT daje możliwość automatycznego wytypowania transakcji, które potencjalnie mogą być ujęte w nieprawidłowym momencie.

Wystarczy, że organy porównają daty wystawienia faktury albo daty sprzedaży wykazane w sekcji podatku należnego z nagłówkiem pliku, w którym wskazany jest okres, za jaki przygotowuje się plik. Jeżeli któraś z dat wykazanych w pliku JPK_VAT nie mieści się w zakresie dat z nagłówka, może to oznaczać błędy w rozliczeniach.

W przypadku podatku naliczonego, o błędzie może świadczyć data dowodu zakupu przypadająca na dzień po okresie wskazanym w nagłówku.

Błędna klasyfikacja transakcji

Rozliczając VAT, nietrudno o pomyłkę w klasyfikacji transakcji. Eksport towarów bywa przypadkowo potraktowany jako wewnątrzwspólnotowa dostawa towarów, a import usług z UE wykazywany jako pochodzący spoza obszaru Unii. Błędna klasyfikacja na etapie przygotowywania raportów i zestawień wpływa w efekcie na nieprawidłowości w pliku JPK_VAT.

Organy podatkowe mogą łatwo wykryć takie błędy, nawet nie znając treści zdarzenia gospodarczego, na podstawie którego wystawiono fakturę. Wystarczy, że sprawdzą numer identyfikacyjny kontrahenta, z którym dokonywane są poszczególne transakcje. O błędzie może świadczyć sytuacja, w której do kontrahenta identyfikowanego za pomocą numeru VAT-UE przypisane są transakcje określone jako eksport poza terytorium Unii Europejskiej. I vice versa – jeżeli kontrahent nie jest zarejestrowany jako podatnik VAT-UE, a z pliku JPK_VAT wynika, że dokonano z nim transakcji wewnątrzwspólnotowych, prawdopodobnie w rozliczeniach występuje błąd.

Wielokrotne wykazanie tej samej faktury

Z perspektywy rozliczeń VAT, jedna faktura może dokumentować rożne typy transakcji. Jednak plik JPK_VAT jest skonstruowany w ten sposób, że dana faktura może być wykazana tylko w jednej linii. Wielokrotne wykazanie tej samej faktury jest błędem, którego również należy unikać.

Pojedyncze wykazanie transakcji rozliczanej mechanizmem tzw. odwrotnego obciążenia

Zakup towarów objętych tzw. mechanizmem odwrotnego obciążenia (czyli m.in. nabycie stali, złomu, elektroniki czy usług budowlanych) powinien być wykazany w pliku JPK_VAT w dwóch miejscach: po stronie podatku naliczonego i należnego. Pojedyncze wykazanie transakcji oznacza potencjalny błąd. Może to jednak również świadczyć o zastosowaniu tzw. szyku rozstawnego; od stycznia 2017 r. można w ten sposób ujmować transakcje, w przypadku opóźnień w otrzymaniu faktury.

Małe błędy – wielkie konsekwencje

Błędy (powyższe stanowią pewien subiektywny wybór) w rozliczeniach VAT zwykle dotyczą pojedynczych transakcji. Bywają wynikiem oczywistej omyłki, przeoczenia albo nieprawidłowej interpretacji przepisów. Plik JPK_VAT jest jednak szczególnym rodzajem raportu. Jego format został przystosowany do automatycznego i masowego kontrolowania wykazanych w nim transakcji. Dlatego szczególnie tego rodzaju błędy (których przecież nikt nie sili się, aby specjalnie ukryć) mogą zostać z łatwością wychwycone przez organy podatkowe (zwłaszcza jak już zbudują one kompetencje i systemy do zautomatyzowanej analityki [big data?] danych podatkowych z deklaracji, plików JPK oraz, za jakiś czas, Centralnego Rejestru Faktur).

Konsekwencje błędów zależą od ich wpływu na wykazywaną wysokość zobowiązania podatkowego. Jeżeli organ podatkowy wykryje, że podatnik zaniżył podatek należny, zawyżył podatek naliczony lub zawyżył kwotę do zwrotu, może zastosować stawkę sankcyjną w wysokości 30% potencjalnej zaległości podatkowej. A jeżeli w efekcie kontroli okaże się, że transakcja nosi znamiona świadomego działania – np. faktury zostały wystawione przez podmiot nieistniejący – na podatnika można nałożyć dodatkowe zobowiązanie podatkowe w wysokości 100% podatku naliczonego wynikającego z takich faktur.

Dlatego warto zweryfikować, czy plik JPK_VAT został przygotowany prawidłowo – nie tylko pod względem wymagań technicznych, ale również dobrych nieprawidłowości merytorycznych. Opisane błędy mogą być bowiem sygnałem (zaproszeniem…) dla organów podatkowych, aby bardziej wnikliwie przyjrzeć się rozliczeniom VAT podatnika. A to może rodzić poważne problemy, szczególnie jeśli okaże się, że błędy istotnie wpływają na uszczuplenie podatku. Jak stwierdził kolejny filozof starożytności (a jednocześnie doktor Kościoła), „Małe rzeczy są naprawdę małe, ale być wiernym w małych rzeczach – to wielka rzecz.”

Read More

Proces wprowadzania Jednolitego Pliku Kontrolnego przypominał trochę film Hitchcocka, choć w tym przypadku trudno uznać go za Oskarową produkcję. Odpowiednikiem otwierającego fabułę trzęsienia ziemi była zapowiedź nowego obowiązku, odbiegającego w swojej konstrukcji od wzorcowego dorobku OECD. Później napięcie już tylko rosło. Punkt kulminacyjny nastąpił 25 sierpnia 2016 r. I choć film zamienił się w serial (jak to często ostatnio bywa z filmami kinowymi), którego odsłony oglądamy co miesiąc, Ministerstwo Finansów przygotowało od razu sequel (to też ostatnio modne, kręcić na raz kilka filmów serii). Jest nim zapowiadane od dawna wprowadzenie obowiązku raportowania ewidencji VAT od 1 stycznia 2017 r. i pozostałych struktur na żądanie organów podatkowych od 1 lipca 2018 r. dla małych i średnich przedsiębiorstw.

W roli głównej…

… są jak zawsze podatnicy, którzy już za kilka miesięcy będą objęci nowym obowiązkiem? Kim oni są? Przede wszystkim, z ulgą odetchnąć mogą mikroprzedsiębiorcy, którzy do 1 stycznia 2018 r. pozostają poza jpk’owymi zainteresowaniami fiskusa. Chyba że jeszcze w tym roku rozwiną się na tyle, aby w 2017 r. stać się „małymi” lub „średnimi” podmiotami.

A zatem, patrząc z punktu widzenia definicji prawnych, wystarczy, że przedsiębiorca w każdym z dwóch poprzedzających lat – czyli w 2015 i 2016 r. – osiągnie:

1) średnioroczne zatrudnienie na poziomie co najmniej 10 i mniej niż 50 osób lub

2) obroty netto ze sprzedaży i operacji finansowych na poziomie co najmniej 2 mln euro i mniej niż 10 mln euro oraz sumę aktywów bilansowych w wysokości co najmniej 2 mln euro i mniej niż 10 mln euro

– aby w 2017 r. z mikroprzedsiębiorcy stać się małym przedsiębiorcą

albo

1) średnioroczne zatrudnienie na poziomie co najmniej 50 i mniej niż 250 osób lub

2) obroty netto ze sprzedaży i operacji finansowych na poziomie co najmniej 10 mln euro i mniej niż 50 mln euro oraz sumę aktywów bilansowych w wysokości co najmniej 10 mln euro i mniej niż 43 mln euro

– aby w 2017 r. z mikro- lub małego przedsiębiorcy stać się średnim przedsiębiorcą.

Już na tym etapie rozważań pojawiają się problemy (a to niedobrze jeśli problem jest już na poziomie definicji podstawowych). Nie jest bowiem jasne, jaką rolę w tworzeniu pliku Ministerstwo Finansów przewidziało dla podmiotów łączących się lub przejmujących inne przedsiębiorstwa. Czy należy badać poziom zatrudnienia, obrotów i aktywów dla każdego przedsiębiorcy z osobna? A może konieczne jest zsumowanie tych składników? Ustawa o swobodzie działalności gospodarczej nie odpowiada na to pytanie, a problem sięga znacznie głębiej, niż tylko na scenę podatkową.

Ręce na pokład

Po upewnieniu się, że dany przedsiębiorca zalicza się do „średnich” albo przynajmniej „małych” i obowiązek raportowania ewidencji VAT dotyczy go już od 1 stycznia 2017 r., należy jak najszybciej przystąpić do wnikliwej autoanalizy. Jej przedmiotem będą systemy informatyczne, których wydajność może nas nieprzyjemnie zaskoczyć na początku przyszłego roku oraz oczywiście dostępność odpowiednich ludzi do zadania (pozostając w odpowiedniej poetyce, dramatis personae) .

Szczera odpowiedź na pytanie, czy nasz system księgowy pozwala na wygenerowanie wszystkich informacji wymaganych przez Ministerstwo Finansów jest tym, od czego należy zacząć przygotowania do nowej roli. Wskazanie numeru NIP nabywcy na fakturach sprzedażowych, daty sprzedaży – jeżeli jest inna, niż data wystawienia faktury – i daty zakupu to tylko niektóre umiejętności, które system musi posiadać, najlepiej od zaraz.

JPK VAT występuje na ministerialnej scenie w duecie. Będąc odwzorowaniem ewidencji sprzedaży i zakupów – choć bogatszym i bardziej szczegółowym – musi uzgadniać się ze złożoną za ten sam okres deklaracją VAT. Będący w posiadaniu obydwu zestawień organ kontrolny natychmiast wychwyci nieścisłości – i zamiast skarbowego Oskara, czeka nas Złota Malina kontroli.

A kiedy wszystkie niezbędne dane leżą przed nami gotowe na pierwszy akt, rozpoczyna się żmudny proces budowania scenografii. Ministerstwo Finansów wymaga skonstruowania pliku w formacie XML, zgodnego z opublikowaną schemą XSD. Uwaga! Od 1 stycznia 2017 r. obowiązuje nowa schema ewidencji VAT. Próba złożenia raportu w wersji obowiązującej w 2016 r., w lutym 2017 r. niechybnie zakończy się niepowodzeniem.

Nawet podpis może być zaskoczeniem dla uczestników tego fiskalnej fabuły. Każdy plik JPK musi zostać opatrzony kwalifikowanym podpisem elektronicznym. Jeśli jeszcze go ktoś nie używa, warto natychmiast złożyć zamówienie. Chyba że jesteśmy przedsiębiorcą zagranicznym. Obecnie respektowane są tylko i wyłącznie podpisy elektroniczne osób legitymujących się polskim numerem PESEL. Oznacza to, że obcokrajowiec, posługujący się na przykład duńskim podpisem, uznanym na terytorium UE, nie będzie mógł z jego pomocą skutecznie złożyć JPK.

Wielkie wyzwanie dla mniejszych biznesów

Niestety, w tym świecie do trudnego zadania nie da się zatrudnić dublera. W najlepszym wypadku przygotowanie gruntu pod złożenie JPK, a następnie samego pliku, zajmie kilka dni. W najgorszym, sparaliżuje pracę księgowej na wiele dni poprzedzających 25 lutego, kiedy mija termin na zaraportowanie ewidencji VAT. A przecież mówimy o mniejszych podatnikach, nie da się zatrudnić do tej pracy dużego działu księgowego ani oddelegować procesu do dalekich Indii.

JPK’owy serial będzie powtarzał się każdego miesiąca, a ilość sezonów nie jest znana (raczej będzie to ekstremalny tasiemiec w rodzaju latynowskich telenowel). To co jednak od nas zależy to jednak będą powtórki (w przeciwieństwie do powtórek np. z Kevina w każde Święta). Ilekroć bowiem skorygowane zostaną dane w deklaracji VAT, należy od nowa przygotować, podpisać i przesłać plik JPK. Po jakimś czasie wchodzi to w krew…. Może to i zresztą dobrze, że taki nawyk się wykształci, ponieważ niedługo konieczne będzie przygotować się do składania (na żądanie) kolejnych struktur: ksiąg rachunkowych, wyciągów bankowych, magazynu, faktur, PKPiR i ewidencji przychodów. W tych przypadkach na premierę należy być gotowym 1 lipca 2018 r.

Read More

… jak celnie zauważył już Heraklit z Efezu. Co ma wspólnego przedstawiciel szkoły jońskich filozofów przyrody z JPK? Otóż, taka właśnie filozoficzna refleksja zaczyna nas w Deloitte nachodzić z comiesięczną regularnością i ma oczywiście związek z 25 (zazwyczaj) dniem każdego miesiąca. Do tej pory data ta kojarzyła nam się z rozliczeniem VAT-7 (a data o kilka dni wcześniejsza z CIT). Teraz zaś na stałe do tej dotychczasowej rutyny (w dobrym znaczeniu) podatkowej dochodzą pliki JPK. Oznacza to, że w obszarze JPK wyszliśmy z trybu projektowego w tryb utrzymaniowy.

Skoro zatem JPK niepostrzeżenie staje się codziennością specjalistów podatkowych, warto się zastanowić jakie są jeszcze obszary niepewności dotyczące JPK. Mogło się bowiem wydawać, że wraz z 25 sierpnia, wszystkie znaki zapytania, których doświadczaliśmy przy przygotowywaniu się do złożenia pierwszych JPK znikną i już nie powrócą.

Nie lubię poniedziałków

W tym miesiącu dwudziesty piąty dzień miesiąca, do którego teoretycznie powinniśmy złożyć plik JPK, wypadł w niedzielę. Szczęśliwie warto zaznaczyć, że JPK jest niczym innym, jak informacją podatkową i do wszystkich kwestii z nim związanych, w tym do liczenia terminów, należy stosować przepisy prawa podatkowego.

A jest ono w tym miesiącu wyjątkowo łaskawe. Zgodnie z Ordynacją podatkową, w przypadku, w którym termin wypada w sobotę lub dzień ustawowo wolny od pracy, za ostatni dzień owego terminu uważa się następny dzień po dniu lub dniach wolnych od pracy. Tym samym, JPK możemy tym razem złożyć dzień później, w poniedziałek, tj. dziś.

Korekty – errare humanum est

Jest również inna kwestia, która z punktu widzenia obowiązków podatnika wydaje się być nawet istotniejsza niż wydłużony termin na złożenie pliku JPK.

Korekty –  słowo klucz, które nie funkcjonowało w sierpniu, a teraz staje się podatkową rzeczywistością. W związku z tym, że zagadnienie to praktycznie nie było obecne w publicznym obiegu, a Ministerstwo Finansów poświęciło mu tylko krótką wzmiankę, może on wzbudzać wątpliwości.

W świecie idealnym raportowanie korekt przez podatnika powinno sprowadzać się do wskazania różnic pomiędzy danymi pierwotnymi, a danymi ostatecznymi. W takim świecie dobrze byłoby, aby agregacją tych danych „zajmowała się” bramka Ministerstwa Finansów, która uzupełniałaby i zmieniała kwoty i pozycje ujęte w pierwotnym pliku JPK o nowe wartości. Niestety, nasz świat do idealnych nie należy. A zatem, tak to niestety nie działa.

Istota korekt, zgodnie z oficjalnym komunikatem Ministerstwa Finansów, może zostać ujęta w dwóch zdaniach: „Będzie możliwość składania korekt JPK. Konieczne będzie przesłanie poprawionego JPK w całości.” Przekaz, który z tych mądrych zdań płynie, wcale nie jest tak prosty, jak mogłoby się to wydawać na pierwszy rzut oka.

Zanim pokażemy pułapkę czekającą na działających w dobrej wierze podatników, a związaną z powyższą wypowiedzią, przez chwilę przyjrzyjmy się mechanice działania korekt. Skoro nie jest tak, że bramka cokolwiek zagreguje, to agregacja danych musi nastąpić na wcześniejszym etapie. Upraszczając całą rzecz i proces do maksimum, można stwierdzić, że systemy Ministerstwa Finansów potrafią obecnie przyjąć dane i je zapisać ale nie potrafią ich porównywać i scalać. Tym samym musi to zrobić podatnik. Wysyłanie korekty sprowadza się więc do wysłania danych pierwotnych, skorygowanych o nowe wartości. Innymi słowy, musimy nadpisać dane stworzonym od początku plikiem JPK.

Diabeł tkwi jak zawsze w szczegółach, a w tym wypadku w danych wyjściowych, stanowiących podstawę do przygotowania pliku JPK. To, co będziemy bowiem musieli zrobić, to łączenie danych stanowiących bazę dla deklaracji z danymi, które wartości te korygują. O ile w przypadku pierwszej korekty taka kompilacja może być stosunkowo prosta (choć w gruncie rzeczy taka wcale nie musi być), to każda kolejna korekta deklaracji będzie wymagała od nas nakładania danych na coraz bardziej skomplikowaną strukturę.

W tym kontekście na pewno warto zastanowić się nad podejściem do korekt i ujednoliceniem procedury przygotowywania danych pod pliki JPK. Najlepiej podejść do sprawy systemowo i ustawić automatyczny proces, pozwalający pobierać dane do JPK oraz w przypadku konieczności korekt już raportowanych okresów, przypisać je do okresów właściwych oraz wygenerować nowy plik JPK za okres przeszły, stanowiący de facto naszą korektę.

I nie wolno zapomnieć o jeszcze jednej ważnej kwestii – zgodności z deklaracją VAT-7. Konieczność korekty pliku JPK, to także zapewne konieczność deklaracji VAT-7.

W pół do kwartału

Wreszcie, warto zasygnalizować pewien problem, który właściwie nie jest problemem jeszcze tego miesiąca ale już niedługo będzie istotny dla wielu podatników rozliczających się kwartalnie. Temat po części jest związany z korektami, więc będzie stanowił dobre podsumowanie poruszonych tematów.

Podatnicy, którzy rozliczają się kwartalnie znajdują się już na finiszu swojej przygody z trzecim okresem tego roku, lecz z podatkowego punktu widzenia są dopiero w połowie drogi. Wynika to z faktu, iż deklarację kwartalną będą składać dopiero za miesiąc. W tym miesiącu składany jest tylko plik JPK za sierpień, co nie powinno być trudne, ponieważ plik ten nie ma się do czego uzgodnić.

Warto pamiętać, że za miesiąc praktycznie wszyscy podatnicy rozliczający się kwartalnie będą musieli złożyć do trzech plików JPK: dwóch korekt i jednego nowego. Korekty będą dotyczyć pierwszych dwóch miesięcy kwartału. Wynika to z faktu, iż w przeciwieństwie do „comiesięcznych” podatników, „kwartalni” nie mają w pierwszych dwóch miesiącach kwartału punktu odniesienia, który mógłby pomóc im uzgodnić pliki JPK. Brak deklaracji stanowi pewnego rodzaju barierę na końcu kwartalnego maratonu, choć przez pierwsze dwa miesiące może być znaczącym ułatwieniem. Koniec kwartału przyniesie deklarację, zaś celem podatnika musi być uzgodnienie całego kwartału, czyli sumy trzech plików JPK, do jednej deklaracji.

To zadanie może być naprawdę trudne. Dlatego warto już teraz, zawczasu, zastanowić się, jakie rozwiązanie problemu korekt i jakie do nich podejście, będzie w każdym indywidualnym przypadku najwłaściwsze. W tym przypadku ustawodawca postanowił nas, podatników wybawić z kłopotu. Rozwiązaniem ma być likwidacja od przyszłego roku kwartalnych deklaracji VAT-7.

Koło czasu 

I tak już będzie każdego kolejnego 25 miesiąca (zazwyczaj). Kolejne znaki zapytania, kolejne obejścia i wypracowywane praktyki oraz kolejne modyfikacje krajobrazu JPK-owego dostarczane przez ustawodawcę. W tym sensie, można zaryzykować stwierdzenie, że rzeczywistość czasu specjalistów podatkowych jest kołowa. Życie zawodowe biegnie cyklicznie, w rytm nawracających terminów raportowania do organów podatkowych tego i owego (teraz dodatkowo JPK). Jest to dość smutna konstatacja, ponieważ, podobno, jednym z ważniejszych dokonań współczesnej cywilizacji jest odejście od kołowej perspektywy czasowej (np. od żniw do żniw) do perspektywy liniowej. W świecie biznesowym, perspektywie liniowej najbardziej zadaje się odpowiada działanie projektowe. Co to jednak oznacza dla miejsca podatków we współczesnym świecie, chyba nawet lepiej nie myśleć.

Read More

Wkrótce miną cztery tygodnie od godziny zero: dnia, w którym po raz pierwszy podatnicy mieli obowiązek złożyć Jednolity Plik Kontrolny. Wbrew ogólnemu poczuciu ulgi i ogólnego przeświadczenia, że najgorsze jest już za nami (Deloitte pomógł złożyć ponad 150 plików JPK), warto pamiętać, że tak naprawdę wszystko się dopiero rozpoczyna.

Ostatnie miesiące były więcej niż pracowite. Ponad dwudziestu programistów, kilkudziesięciu konsultantów i menedżerów, tysiące godzin spędzonych na planowaniu, projektowaniu i pisaniu aplikacji, zaangażowanie agencji kreatywnej (żeby to wszystko było jak najbardziej przyjazne i intuicyjne dla naszych użytkowników) i – dosłownie – tysiące godzin poświęconych na spotkania z klientami, analizę danych i konfigurowaniu mapowań. To wszystko zaowocowało stworzeniem narzędzia, łączącego konwerter danych na XML z innowacyjnym mechanizmem pobierania danych, ich agregacji, przetwarzania, zarządzania nimi i raportowania. Jednym słowem – taxCube™ JPK.

Dlaczego o tym piszę? Jest bowiem trochę tak, że cel, przed którym wszyscy staliśmy (Ewidencja VAT w formule JPK do 25 sierpnia i kolejne „miesięcznice”) czasem powodują, że zapomina się o celu całego przedsięwzięcia o nazwie JPK. A tym celem jest oczywiście uszczelnienie systemu podatkowego.

Jak wiadomo, Ministerstwo Finansów pracuje lub będzie pracowało nad stworzeniem rozwiązania, które będzie w stanie przetworzyć dane otrzymane od tysięcy podmiotów. Dane, które obecnie przekazujemy, są zbierane i gdy tylko platforma analityczna zostanie wdrożona, organy podatkowe dostaną z jednej strony potężne narzędzie do kontroli działań podatników, z drugiej natomiast kilkumiesięczną próbkę danych do takich badań. Można zatem powiedzieć, że wprowadzenie obowiązku raportowania w formule JPK jest początkiem drogi, której zwieńczeniem będzie stosowanie przez organy podatkowe podejścia big data (skądinąd, termin ten jest obecnie bardzo modny w IT i może wiele oznaczać w zależności od sytuacji i potrzeb) w analityce podatkowej.

Tym bardziej, więc należy pamiętać, że prawdziwa przygoda z Jednolitym Plikiem Kontrolnym dopiero się rozpoczyna. Spróbujmy się zastanowić, co to właściwie oznacza. Na początek, dwa niezwykle ważne problemy, przed którymi stanie każdy, kto przygotowuje pliki JPK.

1.  Świat poza JPK_VAT

Optymistycznym jest stwierdzenie, iż złożenie JPK_VAT do 25 sierpnia br. zamknęło kwestię „oswojenia” nowych regulacji (o ile liczba mnoga jest tu uzasadniona mając na uwadze lakoniczność stosownych przepisów). Jest to oczywiście jedyna (jak na razie) obligatoryjna struktura, ale poza nią jest jeszcze sześć innych, „fakultatywnych”, których organ podatkowy może zażądać praktycznie w każdej chwili, za każdy możliwy okres, który bierze swój początek po 1 lipca 2016 roku (a i to jest nie tyle zapisane „w kamieniu”, a raczej jest pewną formą nieformalnej obietnicy złożoną przez władze podatkowe).

Bądźmy czujni! Niestety bowiem, struktura JPK_VAT jest jedną z tych prostszych do obróbki. Dlatego każdy kto musiał podjąć się samodzielnego generowania plików JPK musi zadać sobie pytanie na ile jest przygotowany wygenerować inne, znacznie bardziej skomplikowane struktury.

Pytania jakie należy sobie postawić to m. in.:

1.  jak pozyskać dane z systemów źródłowych w przypadku magazynów?

2.  jak poradzić sobie z raportowaniem faktur sprzedażowych z rozbiciem na poszczególne wiersze?

3.  jak sięgnąć do opisu pozycji pojedynczych na fakturach czy do uzasadnienia korekt?

4.  jak powiązać datę wystawienia korekty z fakturą, która jest korygowana?

5.  jak powiązać dane z dziennika z unikalną numeracją wymaganą strukturą?

To tylko kilka przykładowych pytań… A pamiętać należy, że praktyki i szczegółowych przepisów brakuje…

2.  Stare struktury, nowe struktury

Kiedy już uznamy, że merytorycznie jesteśmy przygotowani do kontroli podatkowej w formule JPK, należy sobie zadać pytania bardziej operacyjne. A mianowicie, czego właściwie będzie oczekiwał od nas organ kontrolny i czy w ogóle jesteśmy w stanie na te oczekiwania zareagować we właściwym czasie.

Zanim o powyższym… Ideą stojącą za plikami JPK jest założenie „continuous improvement”. Oznacza to tyle, że obecne wersje struktur, nie są wersjami ostatecznymi (spodziewać się tego byłoby grzechem naiwności, w końcu cały system podatkowy żyje, ewoluuje i zmienia się przynajmniej raz na rok). Prowadzi to do sytuacji, w której podatnik będzie zmuszony śledzić zmiany struktur i dostosowywać swoje praktyki tworzenia plików JPK do tych nowych struktur. Na razie oczywiście nie wiadomo bardzo jak często struktury będą podlegać zmianom (logicznie rzecz biorąc, będzie się to działo w rytmie zmian w przepisach materialnych, a więc dość często).

To co wiadomo dziś to, że pierwsze zmiany nastąpią wraz z nowym rokiem, czyli od 1 stycznia 2017 roku. W tym terminie zostanie choćby wprowadzona nowa wersja struktury dla Ewidencji VAT. Aby w pełni zrozumieć w jaki sposób może to być kłopotliwe, spróbujmy sobie wyobrazić, że zbliża się 25 lutego 2017 roku i chcemy złożyć:

a)  JPK za styczeń 2017 (czyli okres w którym obowiązuje nowa struktura). Do tego będziemy musieli wygenerować plik oparty na nowej strukturze.

b)  Korektę JPK za poprzedni okres (czyli za grudzień 2016). W tym celu zapewne użyjemy starej struktury, tak, żeby zachować format danych, który był wymagany za poprzedni okres.

W powyższym kontekście, zadajmy sobie jedno, bardzo ważne pytanie… Czy przewidzieliśmy wersjonowanie struktur JPK, a jeśli tak, czy jest ono odporne na różne warianty działań organów podatkowych? Jeśli odpowiedź, na któreś z tych pytań brzmi „nie”, to, no cóż, trzeba zacząć coś robić.

Spróbujmy jeszcze bardziej skomplikować możliwy stan faktyczny. Można wyobrazić sobie przecież sytuację, w której zarówno na początku (styczeń), jak również w trakcie roku podatkowego (marzec), pojawi się nowa wersja struktury.

My zaś będziemy składać JPK za kwiecień (czyli najnowsza struktura), korektę za luty (struktura pliku ze stycznia) i korektę za grudzień poprzedniego roku (zeszłoroczna struktura). W takim wypadku musimy użyć aż trzech różnych struktur.

A propos korekt – na razie struktury nie umożliwiają wysłanie kolejnego JPK jako korekty. Struktura przyjmuje, że każde złożenie JPK jest tym pierwszym oryginalnym. To oczywiste pole do udoskonalenia i zmian. A co jeśli rozliczamy się kwartalnie (składanie JPK dla Ewidencji VAT jest procesem miesięcznym)…? Takie zagadnienia można mnożyć i mnożyć…

W sumie więc wszystko sprowadza się to wszystko do jednego – czy jako podatnicy i przedsiębiorcy jesteśmy na to przygotowani? A nie jest to proste, ponieważ być w pełni przygotowanym, to konieczność, poniekąd, projekcji rozwoju systemu JPK, dalszych działań Ministerstwa Finansów oraz ewolucji praktyki podatkowej w naszym, zapewne już, ulubionym temacie…

Mając na uwadze powyższe, w tym własne, doświadczenia i przeżycia związane z wyzwaniem kryjącym się za niewinnym skrótem JPK, zapraszamy na cykl artykułów (wypowiedzi oraz innych krótkich form) ekspertów JPK poświęconych JPK-owej automatyzacji kontroli podatków (i nie tylko). Oby z korzyścią dla wszystkich dotkniętych tym „wynalazkiem”.

Read More